Synu bądź spokojny. Nie będzie żadnej wojny. Oprócz tej która jest. Na życie wieczne i śmierć. – Mój głos w Ważnych Sprawach.

Od ponad dwóch tygodni po prostu mnie nosi. Obserwuję wszystko to, co dzieje się w Polsce i próbuję pozbierać myśli. W głowie naprawdę przewala się mnóstwo pomysłów na to, co napisać, ale kiedy przychodzi co do czego, zostaje pustka… Bo tak naprawdę, co ja mądrego mogę powiedzieć? Skoro tyle autorytetów z jednej i drugiej strony barykady miało swoje pięć minut…

No, ale jednak coś tak wewnętrznie, po całym ciele czuję takie coś, taki przymus, że nie mogę tak po prostu siedzieć cicho. Bo patrzę na tę całą aferę wokół aborcji i jestem wściekły. Na jedną i drugą stronę. A zarazem w pewnych aspektach z obiema stronami się zgadzam. Nie… Nie stoję w rozkroku. Nie jestem za, a nawet przeciw. Mam wiele wątpliwości i o nich między innymi chcę tu napisać.

Żeby było jasne… Błyskawicy w profilowe zdjęcie nie wstawię. Za nic w świecie. Ale nie wstawię też żadnej z nakładek prolife, mimo że dużo bliżej mi do tej strony barykady. Tak, tak… barykady. Militarne skojarzenia całkiem słuszne. Zresztą liderki Strajku Kobiet same ogłosiły, że to wojna. Zgadzam się: to wojna. Choć zupełnie inna niż wydaje się nam wszystkim… Ale o tym później. Mam nadzieję, że połapiecie się w tych wszystkich wątkach, które mam zarysowane w głowie i teraz z prędkością karabinu maszynowego przelewam na papier.

Przede wszystkim musimy wyjaśnić sobie wiele niedomówień czy wręcz przekłamań. Aborcja nie jest OK. Nigdy nie była i nigdy nie będzie. Jako wierzący i w miarę aktywnie praktykujący katolik, uznaję nauczanie Kościoła w tej sprawie. Również w kwestii tak zwanego kompromisu, który w niezmienionej formie obowiązywał od końca lat dziewięćdziesiątych. No właśnie pozostawał, bo – jak nam wszystkim wiadomo – Trybunał Konstytucyjny uznał przesłankę eugeniczną za niezgodną z Ustawą Zasadniczą.

Mogłoby się zatem wydawać, że będę teraz skakać z radości i otwierać szampana. Ale nie… czułem żal i wściekłość, bo ta decyzja wcale nie była podyktowana dobrem nienarodzonych, ale jakimiś nie do końca jasnymi interesami. Takie miałem wtedy odczucia. I nie byłem w nich odosobniony.

Kompromis aborcyjny był zły i jest zły i pewnie zły pozostanie, ale – wbrew pozorom – lepiej by takim pozostał. Przez blisko 30 lat żadna  partia – nawet postkomuniści – nie majstrowała przy nim. Kompromis ten jest jak 38 równoleżnik. -Strefa, która od 67 lat dzieli Koreę na Północną i Południową. I dzięki niemu przez te wszystkie lata trwa zawieszenie broni.

Z samą aborcją jest jeszcze jeden problem. Aktywiści prolife często posługują się zdjęciami, które pokazują skutki aborcji mechanicznej. Ta jednak w Polsce w zdecydowanej większości przypadków nie jest wykonywana. Oczywiście nie jest to żadne usprawiedliwienie dla aborcji farmakologicznej. Ale jeśli mamy być uczciwi, musimy mówić o faktach. Jasne! Te szokujące niektórych ludzi obrazki z plakatów fundacji prolife są prawdziwe. Ale dotyczą albo odległej przeszłości, albo szarej strefy, albo krajów, w których działają na szeroką skalę kliniki Planned Parenthood.

Jeszcze raz podkreślam. Nie bronię aborcji farmakologicznej, nie uważam jej za mniejsze zło. Zło zawsze będzie złem. Ale temat jest ciężki z innego powodu. Z tą przesłanką eugeniczną, o którą (przynajmniej pozornie) toczy się walka, to nie jest tak zerojedynkowo. Między zerem a jedynką jest nieskończenie wiele liczb niewymiernych. A między czernią i bielą kryją się wszystkie kolory. Przynajmniej w informatycznym kodzie szesnastkowym 🙂

Bo zróbmy taki eksperyment myślowy. Kobieta zachodzi w ciążę. Dwie kreski na teście. Euforia. Ci, którzy mają dzieci pamiętają ten moment. Ta miniaturowa istotka od pierwszych chwil jest naszym kochanym Groszkiem, Fasolką, Fistaszkiem, Okruszkiem. A może już od początku ma imię? Oglądamy na USG jak rośnie. I z czasem widzimy coraz więcej na ekranie monitora. Jest więź między matką a dzieckiem. I nagle w badaniach prenatalnych pojawia się jakiś zgrzyt. A potem amniopunkcja i potwierdzenie wady letalnej. I teraz niech każdy sam sobie odpowie. Czy po stworzeniu więzi emocjonalnej w ciągu tych wszystkich tygodni po prostu się „odkochujesz”? Zaczynasz nienawidzić tego małego Ktosia? Czy raczej myślisz o Nim do końca i nawet gdy dokonujesz TEGO wyboru, to kierujesz się jakimś po swojemu rozumianym jego dobrem. Oczywiście swoim też. Nikt nie chce cierpieć patrząc na śmierć dziecka. A może chodzi tylko o Twoje dobro? Może to czysty egoizm, bo przecież nie chcesz wychowywać takiego „nieudanego” dziecka? Jak się teraz pokażesz na Insta? A może jeszcze o coś innego. W każdym razie ja nikogo nie oceniam. To tylko takie różne luźne myśli.

OK… zabrzmiało to jakbym był popierał relatywizm moralny. Nie popieram. Ale serio! Nie można mówić, że absolutnie każda kobieta, która ma dylemat czy usunąć ciążę, bo usłyszała, że jej dziecko jest tak ciężko chore, że umrze w okresie prenatalnym albo, urodzi się poważnie zdeformowane od razu jest ciężkiego kalibru morderczynią. Nie umiem wejść w umysł drugiej osoby, ale nie sądzę, by wybierając takie ostateczne rozwiązanie kobieta kierowała się złymi intencjami. Raczej widzę tutaj jakiś źle pojmowany humanitaryzm. Coś jak… wybaczcie niefortunne porównanie- uśpienie ulubionego psa. Albo inne – może bardziej adekwatne – porównanie. To jak decyzja o odłączeniu terminalnie chorego członka rodziny. Wiecie… śmierć mózgu. Żyje za niego aparatura.

No to teraz o samych wadach letalnych. Pozwolę sobie na cytat. Wada letalna u dziecka w okresie płodowym lub noworodkowym to:
(1) zaburzenie rozwojowe prowadzące do poronienia samoistnego lub zgonu wewnątrzmacicznego;
(2) zaburzenie rozwojowe prowadzące do przedwczesnej śmierci żywo urodzonego dziecka, bez względu na zastosowane leczenie; oraz
(3) zaburzenie rozwojowe zakwalifikowane do przerwania ciąży zgodnie z obowiązującą ustawą. Zaburzenia należące do trzeciej kategorii mogą, ale nie muszą, pokrywać się z objętymi kategorią pierwszą i drugą. Jednak we wszystkich trzech sytuacjach wada bezpośrednio lub pośrednio okazuje się letalną. Z definicji wynika, że wada letalna to taka, która prowadzi do śmierci dziecka. Np. zespół Downa był dotychczas wadą letalną do 24 tygodnia ciąży (dopuszczalny termin przerwania ciąży), a potem już nią nie był. Aborcja z przyczyn eugenicznych jest synonimem aborcji z powodu wad letalnych wg tej definicji. (Dr Tomasz Dangel – założyciel Warszawskiego Hospicjum dla dzieci w wywiadzie dla wpolityce.pl)

No to teraz statystki. Znowu posłużę się cytatem. Z danych Ministerstwa Zdrowia wynika, że 40 procent aborcji z zakwestionowanej przez TK przesłanki dokonywanych jest z powodu podejrzenia Zespołu Downa. (…) 15 procent aborcji dotyczyło dzieci z zespołem Edwardsa czy Patau – to jest ciężkie schorzenie, oczywiście, ale nadal nie są to dzieci bez głów i bez połowy ciała. Kolejna wada, która jest wskazaniem do aborcji, to rozszczep kręgosłupa – a przecież znamy osoby, które mają rozszczep kręgosłupa i żyją pośród nas. Oczywiście są niepełnosprawne, ale prowadzą pełne i szczęśliwe życie. I dosłownie kilka procent, nie wiemy dokładnie ile, bo tego akurat ministerstwo nie podało, to są dzieci z rozmaitymi wadami letalnymi, które skazują je na śmierć krótko po narodzinach. Faktycznie, wśród nich są tzw. bezmózgowce i bezczaszkowce, ale i to nie są dzieci, które nie mają głów, jak sugerują niektórzy. (Tomasz Terlikowski w wywiadzie dla Polska The Times)

Warto podkreślić jeszcze jedną kwestię. Wynik badań prenatalnych nie zawsze musi być godny z rzeczywistością. Nawet amniopunkcja, choć bardzo dokładna jeśli chodzi o wady genetyczne, czasem podaje błędny wynik. Zresztą w wielu badaniach prenatalnych używa się pewnego przybliżenia… prawdopodobieństwa. Co więcej, niektórzy lekarze proponują aborcję nawet bez przeprowadzenia amniopunkcji. Amniopunkcja nie wykryje też innych wad niż genetyczne.Jaka jest skala błędów – nie wiadomo, bo nikt nie sprawdza po aborcji, czy diagnoza się potwierdziła. Ale sam słyszałem już co najmniej kilkadziesiąt historii rodziców, z których dzieci „miało nic nie być”, a rodziły się zdrowe lub w znacznie lepszym stanie niż zakładano. Ile dzieci w podobnej sytuacji zostało zabitych?

Dobra. Koniec tematu. Przynajmniej jakieś jego części. Teraz kilka myśli o tym, co działo się na ulicach po orzeczeniu TK. Te tłumy, które wyszły na ulice miast, wbrew pozorom nie manifestowały wyłącznie sprzeciwu wobec uznania za niekonstytucyjną przesłanki eugenicznej. Był to wyraz jakiegoś ogólnego buntu wobec tego, co dzieje się w Polsce. Z ust pojedynczych osób padały postulaty lepszych standardów okoloporodowych, rzetelnej edukacji seksualnej itp. Ale różne z całą pewnością mądre i warte pochylenia się tematy zostały przyćmione przez pozbawione kontroli ataki wandalizmu, wulgarne hasła na standardach i skrajnie lewicowe postulaty całkowitej liberalizacji aborcji. Widząc skalę protestów w swej początkowej formie i ogromny atak na wszystko, co związane z konserwatyzmem, uznałem że polityczna decyzja TK w sprawie aborcji, doprowadzi do przechylenia wahadła. Że ten tłum i cały ten Strajk Kobiet będzie kulą burzącą dotychczasowy porządek. Przecież zdecydowana większość deklarujących katolicyzm i tak nie praktykuje, więc popieranie postulatu aborcji na żądanie dla takich osób to nie problem. Dziś, z perspektywy czasu, nie powtórzę swoich tez. Raczej wszystko skłania się ku Status Quo. Może jakieś delikatne korekty zostaną wprowadzone. Doprecyzowane pewne niedopowiedzenia. Zgodnie z moimi przewidywaniami powstała ustawa autorstwa prezydenta. Co będzie dalej? Czas pokaże. Na razie protesty jakby przycichły. Radykałowie od malowania kościołów schowali się głęboko. A Marta Lampart przeprosiła Szymona Hołownię. Pewnie, że to wszystko kroki PRowe. Że teraz ta cała rada tak naprawdę nie ma na celu nic ustalić, bo nikt jej postulatów nie potraktuje poważnie. Ale nie można też wokół tego całego ruchu przejść obojętnie.

Fakt, że poglądy wielu ludzi, zwłaszcza młodych radykalizują się w kierunku ateistycznej lewicy liberalnej obyczajowo jest oczywisty. Kościół przez pewne decyzje i brak innych, stracił wiele, ale paradoksalnie ten wściekły atak może być dla Kościoła czasem oczyszczenia. Ludzie, którzy traktują wiarę na serio a nie tylko dla zaświadczenia z parafii zostaną, inni odejdą. Ale ten trend przewidział i opisał w jednej z książek kard. Ratzinger – papież Benedykt XVI

Tak. Kościół był w pewnym czasie mecenasem kultury. Religia chrześcijańska była i jest jednym z filarów cywilizacji europejskiej. Kościół zawsze też bronił najsłabszych, najuboższych i wykluczonych. Jest największą instytucją charytatywną na świecie. Jest też nauka społeczna Kościoła, która porusza problemy z pogranicza polityki, ale jako tako nie powinno być takiego sojuszu tronu z ołtarzem, jaki ostatnimi czasy obserwujemy. I nie dotyczy to tylko PiSu. Bo opozycyjna PO również lubiła robić sobie zdjęcia w otoczeniu purpuratów. Myślę, że starczy i tego wątku. Choć pierwotnie zakładałem, że padnie więcej słów w tej kwestii. No, ale tyle już naprodukowałem tekstu, że nie wiem czy komuś się będzie chciało czytać. 😉

Dobra… zatem wypadałoby zmierzać do jakieś puenty. Mógłbym zakończyć jednym zdaniem: trzeba zmieniać obyczaje a nie prawo. Ale chcę rozwinąć tę myśl. O co w tym zdaniu chodzi. Restrykcyjne prawo antyaborcyjne nie spowoduje, że nie będzie problemu. Problem będzie, bo myślicie że w obecnym systemie kompromisu aborcyjnego, kobiety nie usuwają ciąży z powodu „widzimisię”. Oczywiście, że to robią. Poza granicami naszego kraju. Problem zatem nadal będzie spędzał sen z powiek proliferom. Ale nie rozwiążemy go pisząc ustawy, zbierając podpisy a nawet robiąc te słynne wystawy. Problem rozwiążemy poprzez działanie. Ale każdy sam. Na własnym podwórku.

Jak? Może znasz kogoś, kto jest w ciąży i jest to przypadek pochodzący pod legalną aborcję. Zadeklaruj pomoc. Nie pouczaj. Nie pokazuj drastycznych obrazków. Po prostu okaż wsparcie. Konkretne. Np. Finansowe. Albo znajdź dla tej osoby dobrego psychologa. Albo porządnego księdza. Albo po prostu bądź obok.

A może znasz matkę, która zdecydowała się urodzić i ma niepełnosprawne dziecko. Może została z nim sama, bo facet widząc maluszka z Downem albo autyzmem, poszedł sobie w siną dal. Okaż jej wsparcie. Pomóż. Może trzeba kupić paczkę pampersów. Albo 10 paczek. A może wystarczy powiedzieć: wyjdź na spacer, zrób sobie leniwy dzień. Ja się zaopiekuję dzieckiem. Albo chociaż pomogę.

A jeśli nie znasz ani jednej ani drugiej takiej osoby? To zaangażuj się w wolontariat. Może dysponujesz czasem, który możesz wykorzystać pomagając w jakieś fundacji albo świetlicy środowiskowej… A może w domu samotnej matki?

W końcu możesz też pomóc wysyłając regularnie jakieś mniejsze lub większe kwoty na „siepomaga”. Albo wesprzeć działalność NGOsów do których linki wrzucam poniżej.

Hospicjum perinatalne

http://www.duszpasterstworodzin.lomza.pl/w-obronie-zycia/hospicjum-perinatalne.html

https://www.uratujecie.pl/

https://www.dwiekreski.pl/

Strona główna

OK… tyle linków wystarczy. I wystarczy już tego pisania. To oczywiste, że temat jest niewyczwrpany. Jeżeli chcecie, by takich treści było więcej, dajcie znać 🙂 A tymczasem do następnego wpisu.

Jedna myśl na temat “Synu bądź spokojny. Nie będzie żadnej wojny. Oprócz tej która jest. Na życie wieczne i śmierć. – Mój głos w Ważnych Sprawach.

Dodaj komentarz