Nowy Rok, Trzej Królowie i… kropeczki.

Pierwszy tydzień Nowego Roku za nami. A ja biorę się za obiecane jakiś czas temu podsumowanie naszego jakże wystrzałowego Sylwestra… I jeszcze bardziej udanego wejścia w Nowy Rok. Gdzieś tam po drodze zahaczyliśmy o jeszcze jedno święto – Trzech Króli… a potem… potem przyszedł czas powrotu do zwykłej, szarej codzienności.

No dobra… przejdźmy teraz do sedna…
Sylwestrowa zabawa była przednia… po prostu aż nam cała chałupa chodziła. Szampan lał się hektolitrami i… w ogóle… cudowne, niezapomniane chwile…

OK… żartowałem. Nie było Sylwestra. To znaczy miał być, ale nie było. Odwołaliśmy go dzień wcześniej i zostaliśmy sami. Żoneczka i ja. Posiedzieliśmy przed kompem do 1.00 oglądając coś na Playerze tudzież innym Netflixie. A potem grzecznie poszliśmy spać. W międzyczasie robiliśmy kursy góra – dół, bo jak nie jedna panna to druga przypominała nam, że od dawna nie jesteśmy już parą „bezdzietnych lambadziarzy”.  Jednym słowem typowy ostatni wieczór roku przeciętnej polskiej rodziny 2+2.

Ale…ale… rzuci ktoś z Was. Przecież napisałeś, że planach miała być jakaś domówka?
No miała być. Mieli przyjść znajomi ze swoją małą córeczką. Plan był taki. Dzieciaki idą spać. A my wyciągamy jakieś spoko gry (planszowe) i ciupiemy do białego rana. W międzyczasie zajadamy się chipsami i innymi „bardzo zdrowymi” przekąskami oraz – jak na odpowiedzialnych rodziców przystało – pijemy bezalkoholowe trunki. (to znaczy, jakby ktoś miał ochotę na coś z procentami, to nic by się nie stało. Po prostu chodzi o to, by ktoś był tym „dyżurnym niepijącym”) Plan jednak – jak już to podkreśliłem nie wypalił.

By wyjaśnić dlaczego muszę cofnąć się jakiś tydzień… a może i dwa…
W każdym razie to było przed świętami. Żoneczce wyszło 5 małych, maciupkich, zupełnie nic nieznaczących kropek na brzuchu. Krostek. Krosteczek. Krosteniuniek.
No prawda jest taka, że średnio się nimi przejęła.
Czasem coś pomarudziła, że pieką… ale ogólnie to jakoś nie dawała po sobie znać, że jest to dla niej problem. Ale kropeczki były dość podejrzane… bo nie chciały schodzić.

Zadomowiły się na brzuchu… I wtedy doszliśmy do wniosku, że może jednak pójście do lekarza to dobry plan. No i Ola poszła. To było zaraz po świętach.
Wiadomość nie była dla nas radosna. Niby podejrzewaliśmy, że to może być TO… ale jakoś nie do końca chcieliśmy uwierzyć…. Półpasiec. Masakra.

To znaczy sam półpasiec już był u żonki zagojony, wyleczony.
Ale groźba ospy wisiała w powietrzu.
To było jak czekanie na wyniki w totolotka. Ale takiego na odwrót. Czyje numery padną, ten musi oddać pieniądze 😀 W związku z tym, że w każdej chwili mogła u nas wybuchnąć domowa epidemia, odwołaliśmy Sylwestra.

Ale ospa nie pojawiła się…
Trochę się wkurzyliśmy. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy pani doktor na pewno dobrze zdiagnozowała półpaśca. Mimo wszystko czekaliśmy. Wszystkie nasze plany i pomysły legły w gruzach. Choć były pomysły zaproszenia kogoś znajomego, to musieliśmy je odłożyć na później. Na dalekie później.

W końcu przyszedł 6.01. Wszyscy mówili o Orszaku Trzech Króli. Naprawdę fajna akcja.
A Łucja musi siedzieć w domu. Nie pójdzie w orszaku… choć jeszcze w niedzielę zastanawialiśmy się czy jednak nie pójść z nią w poniedziałek, by zobaczyła te tłumy w koronach 🙂 No, ale poniedziałek już wiedzieliśmy, że to ospa. Kropeczki pojawiły się w niedzielę wieczorem. A w poniedziałek?

W poniedziałek sklepy, a więc i apteki pozamykane. Trzeba szukać całodobowej. W mieście są dwie. Jadę do tej bliżej kolejka mniej więcej na 15 osób. Nie jest źle. Bywało gorzej. Ta sieć Ziko musi mieć naprawdę konkurencyjne ceny. Czasem ustawiają się w niej takie kolejki, jak w słusznie minionych czasach za schabowym z kością. Ale wróćmy do apteki. Kolejka przesuwa się. No wreszcie moja kolej. Kupuje PoxClin CoolMousse, nadmanganian potasu i ibuprofen. Będzie kurowanie.

Dziś kolejny dzień walki. Łucyjkownik sobie świetnie daje radę.

Mam nadzieję, że Dżudi nic nie łapnie. Podobno do 6 miesiąca nie zachoruje na ospę, bo chroni ją pokarm matki. Ale… nigdy nic nie wiadomo. Zatem trzymajcie kciuki, by ta wojna z choróbskiem okazała się blitzkriegiem. 🙂

Dodaj komentarz