Pamiętacie tę reklamę Coca – Coli? Tę z ciężarówką? No… tak mi się jakoś skojarzyło, że już prawie, prawie Boże Narodzenie, ale… no ale jeszcze trochę zostało czasu. Oczywiście w sklepach klimat świąteczny to już zaczął się po sprzątnięciu ekspozycji na Wszystkich Świętych, ale do tego to już chyba zdążyliśmy się przyzwyczaić.
A u nas? A u nas jest raczej zwyczajnie. Nie ubieramy choinki na początku grudnia i nie słuchamy kolęd ani żadnych hitów w stylu Last Christmas, kiedy adwent trwa w najlepsze. Staramy się do tematu podchodzić raczej od strony duchowo-religijnej a nie komerecyjno-świeckiej. Na przykład postanowiliśmy sobie, że będziemy chodzić na roraty. Łucja w końcu ma prawie 3 lata, więc już na dobrą sprawę z niej taki przedszkolaczek. Panna Mądralińska, która w sumie całkiem niedawno weszła w etap gaduły.
No… ale jak to z tymi roratami było…
Zaczęło się pięknie. Lampion kupiony. Ruszamy wieczorem na roraty dla dzieci. Łucja umiarkowanie grzeczna. No wstydu nie robi, więc nie jest źle 🙂 Perspektywa jakaś to codziennego chodzenia jest. No i tak prawie przez cały tydzień nawet, nawet się udawało. Dopiero 6 grudnia coś nie pykło. Akurat miał być w kościele Mikołaj 🙂 Tak to sobie fajnie w parafii wymyślili. Taka dodatkowa atrakcja. Dla odmiany chciała wtedy iść z nią Ola. No i poszli…
i wrócili w połowie mszy… bo Łucja zasnęła na rękach. A potem, gdy się wybudziła, dała do zrozumienia, że chce do domu Nyny i żaden Mikołaj ją nie interesuje, bo przecież przyszedł do niej rano i jej zostawił paczkę koło łóżka…
Następny tydzień był w kratkę. W poniedziałek nie zdążyliśmy wrócić do domu na 18.00
we wtorek Łucja była na roratach z mamą, w środę zasnęła po drodze w samochodzie. W czwartek nie daliśmy rady się wybrać. A w piątek… hm… W piątek Bzikulec zrobił zadymę niedobrotkę. I w konsekwencji nie poszedł na roraty. A miniony tydzień….
Miniony tydzień upłynął pod znakiem moich drugich zmian w pracy. Ola zostawała z dwiema dziewczynami pod opieką, więc nie dało się tego logistycznie pogodzić. Czemu? No bo kąpiel Judyty to „święty rytuał”. Opóźnienia nie są wskazane 😀
Tak… Tym sposobem dobrnęliśmy prawie do końca Adwentu. Wigilia już tuż tuż.
Ale przecież był jeszcze ten wspomniany Mikołaj. No był u nas… Łucja dostała ciastolinę. Była wniebowzięta. Od razu zaczęła robić spaghetti 🙂 A kiedy „odpaliła” jeszcze stare zestawy to był i obiad i derser 🙂 Było też trochę sprzątania… No i poszukiwania w necie informacji o tym, czy da się naprawić zaschniętą ciastolinę. Śpieszę z odpowiedzią. Da się, ale pierwotnej zarąbistości to już ona nie odzyska 🙂 A i jeszcze mały sekret. Najlepszą, jaką dotychczas mieliśmy jest „zamiennik” Play Doh z Pepco. Pudełka są dużo większe, konsystencją w ogóle się nie różni.
Judyta od Mikołaja dostała praktyczny prezent. Wór pampersów. I mokre chusteczki. Był też płyn do kąpieli, ale zdaniem Łucji Mikołaj się pomylił, bo płyn do kąpieli to wspólny prezent dla obu dziewczyn 🙂 Nie polemizowaliśmy zbyt długo… 😀
Ważnym rytuałem przedświątecznym są zakupy… Ano były… Ja dużo monet wydałem na dekoracje. Bo na dobrą sprawę nie mieliśmy nic. To znaczy moja mama zaoferowała się, że podzieli się bombkami, bo sama nie potrzebuje ich aż tylu, ale uznaliśmy, że jednak chcemy zacząć kompletować własne bombki. Na razie made in Pepco. A z czasem może i coś lepszego się kupi. Przy małych dzieciach szklane bombki to średnio udany pomysł. A ta pepcowa taniocha jest z materiałów nietłukących. A na choince wygląda całkiem, całkiem.
Tak… bo ubraliśmy też w końcu choinkę… Nie na początku grudnia, ale właśnie dziś. Wyjazd po choinkę to też historia warta wspomnienia. Pojechałem z Łucją do sklepu ogrodniczego, znaleźliśmy fajne drzewko. Pan pomógł mi włożyć je do auta. Zapłaciłem tyle, ile było trzeba. No i już się zbieraliśmy do wyjazdu, ale nagle Łucja zobaczyła go.
Misia… ledowego… świecącego… polarnego…
No i się zaczęło. Misio, tata misio… No a obok misia renifer… a nawet dwa… a może i trzy.
Jeden mały, drugi duży. No naprawdę fajny gadżet. Super mieć jakieś dekoracje przed domem. Ale przecież nie kupię czegoś w ciemno. Dzwonię…. „hej, co sądzisz o tym, by kupić takiego misia ledowego. Przed dom. Taką dekorację”. W odpowiedzi słyszę: „A stać nas?” Myślę… no a ile może taki misio kosztować. Odpowiadam jednak: „spytam ile kosztuje”. No i pytam… I słyszę… słyszę, cenę, której nie chciałem usłyszeć. Mówię do Łucji: fajny ten misio masz rację, ale nie wydam na niego prawie całego Twojego „pińcet plusa”. Jakoś to przyjęła. 😀 To znaczy nie było awantury…. uff 🙂
Było też kupowanie prezentów. Prezent Łucji kupiliśmy jeszcze listopadzie. Promocja w Lidlu. Drewniana mini kuchnia. Naprawdę fajny sprzęt 🙂 Tylko ciężki. Jak my ją przewieziemy do dziadków bez wzbudzania podejrzeń… i jeszcze lepsze pytanie: jak ją spakujemy? Może nawet nie jak, ale kiedy… chyba czeka nas długa przedświąteczna noc.
Judyta tradycyjnie… prezent praktyczny. Wór pampersów 😀 Ktoś z Was pomyśli sobie może, że ją tak trochę po macoszemu traktujemy. No… ale ona ma masę zabawek i ubranek po Łucji. A z doświadczenia z naszą starszą latoroślą wiemy, że czasem nie ma coś się napalać na zabawki dedykowane od jakiegoś wieku. Łucja na przykład wieloma gadżetami zaczynała bawić się dużo później. Zajefajność niektórych odkrywała dopiero wtedy, kiedy nadawały się do spakowania w pudło i wyniesienia na strych 😀
No… kupowaliśmy też prezenty dla siebie. Było przy tym trochę śmiechu. Bo kupowanie sobie nawzajem prezentów, kiedy druga osoba widzi, co się kupuje i żeby było jeszcze śmieszniej…. sama płaci kartą za zakupy prezentów dla siebie 😀 Ale w końcu mamy jeden budżet mimo dwóch kart. Także tego. Ja mam (a raczej będę mieć) nowe buty u „kościółkowy” sweter. A żoneczka komplet spódnica, bluzka i torebka. Ale summa summarum jesteśmy zadowoleni z prezentów. Aniołek się postarał… nie ma to tamto.
Choinka jak już wspomniałem ubrana… Biało czerwona. Naprawdę jesteśmy zadowoleni, że tak fajnie kolorystycznie nam pasuje w salonie. Zakupy mięsno wędlinowe na targu też. Przed nami ostatnia prosta. Po niedzieli zacznie się pichcenie. A potem Wigilia. Tradycyjnie u teściów. Wigilia w stylu Lubiczów czy tam innych Mostowiaków. Ja ciągle się przyzwyczajam do wieczerzy, na której opcja minimum to 15 osób. Ale… to chyba jest mimo wszystko fajna sprawa. Taka duża rodzinka 🙂
OK… Takie przedświąteczne przemyślenia uważam za zakończone.
Następny wpis powinien być już nieco szybciej… Choć ze mną różnie bywa 🙂
Jakbyśmy się już na tych łamach blogowych nie spotkali, to życzę Wam Błogosławiony Świąt… A i Szczęśliwego Nowego Roku. Do zaś…
