Przyszedł czas na kolejny wpis 🙂 Dziś opowiem Wam co nieco na temat wielkiej zmiany, jaka już jakiś czas temu zaszła w naszym życiu. Przeprowadzki do własnego domu, który udało nam się zbudować. No i oczywiście o tym, jak w tym wszystkim odnalazł się nasz Łucuszek. Ale od początku…
Po ślubie mieszkaliśmy z żoneczką w bloku. Razem z moją mamą. Ja wiem jak to się mówi, że to jest niedobre rozwiązanie, że trzeba się szybko wyprowadzić od rodziców, przeciąć pępowinę itp. No… ale było jak było. Raz lepiej, raz gorzej. Czasem się kłóciliśmy… A czasem było miło… No jak w życiu 🙂 Co tu dużo pisać.
W 2016 roku… dokładnie w lipcu… dowiedzieliśmy się, że w marcu 2017 dołączy do nas dzidziulek 😉 No i w związku z tym zaczęliśmy się poważnie zastanawiać co dalej? Bo wiadomo… jak pojawiają się dzieciątka, to i potrzeba więcej przestrzeni życiowej. Zaczęliśmy zatem rozważać wynajęcie jakiegoś mieszkanka. Takiego bardziej własnego, prywatnego. Ofert było sporo, no ale jakoś nic nam nie leżało. Poza tym ludzie z naszego bliskiego otoczenia. Znajomi i rodzina tłumaczyli nam, że biorąc pod uwagę koszty wynajmu, w podobnej cenie jesteśmy w stanie wziąć mieszkanie w kredycie i sobie je powoli spłacać. No to poszliśmy do banku sprawdzić zdolność kredytową.
Zdolność była, więc zaczęliśmy poszukiwania mieszkania. Ale ja jakoś nie byłem do końca przekonany, czy to naprawdę dobry plan… Kupować mieszkanie w starym bloku, wydać dużo kasy i tak naprawdę niewiele zmienić w swoim życiu. Byłem za tym, żeby kupić coś na nowych osiedlach albo wybudować dom. W końcu mieliśmy spory kawałek ziemi 🙂 A właściwie to żoneczka miała 😛
W ten sposób narodził się plan budowy. Z początku miał być to dom budowany „szybką metodą”. Taki z gotowych elementów. Ale kiedy usiedliśmy z kartką i długopisem… no i policzyliśmy sobie wszystkie koszty związane z taką budową, zmieniliśmy zdanie i postawiliśmy na tradycyjny dom. Tak upłynął nam rok 2016.
Kolejny rok przyniósł nam Łucuszka 🙂 Oraz był to rok rozpoczęcia budowy. Umowę z firmą budowlaną podpisałem następnego dnia po porodzie. Tak nam się to akurat złożyło. No a budowa ruszyła pełną parą na przełomie września i października 2017. W tym czasie prawdziwe okazało się znane przysłowie, że pierwszy dom budujesz dla wroga, drugi dla przyjaciela a trzeci dla siebie. Choć nie było jakiś mega problemów, to jednak dużo pierdół powodowało obsuwy. Bo tu jakiegoś dokumentu nie było, a tam się okazało, że to był zły dokument… A gdzie indziej znowu ktoś czegoś nie powiedział. Ale generalnie ekipy wywiązywały się ze swoich obowiązków. A my pokornie płaciliśmy każdą fakturkę.
Wiekopomna chwila wprowadzki nadeszła w lutym 2019. Choć plan był inny. Niestety nie udało się go nam zrealizować i wieczerza wigilijna nie odbyła się w naszym domku. Ale za to zrekompensowaliśmy to sobie i zaprosiliśmy najbliższych na śniadanie Wielkanocne 😀 No i tak sobie mieszkamy….
A Łucja? No ona to jest mega zadowolona. Ma dużo przestrzeni, własny pokój i w ogóle.
Biega sobie po ogrodzie, zrywa kwiatki, zjada poziomki. Wypatruje czy pod płot nie podchodzą jelonki albo zajączki. Jednym słowem radocha na 102. 🙂
Czegoż więcej chcieć?



PS. Gdyby ktoś chciał wiedzieć coś więcej na temat samej budowy, zapraszam na stronę: https://www.archon.pl/blogi/6629/jaworzanskie-zielistki-czyli-historia-powstania-naszego-domeczku gdzie znajdziecie relację z budowy.

Jedna myśl na temat “Kilku kumpli i patyk albo dwa. Powstanie dom, w którym mieszkać się da (…) Okno będzie tu a drzwi o tam Postawimy nasz dom To nie potrwa długo..”