Enter the dragon, czyli jak to było ze smokiem. (a właściwie smoczkiem)

Smoczek. Dla jednych rodziców to pozycja obowiązkowa wśród niezbędnych przedmiotów używanych przez dzidziulka. Dla innych z kolei to wielkie złoooo. My uważaliśmy, że jeśli nie będzie to absolutnie konieczne, to raczej nie będziemy go używać. Przynajmniej tak było w teorii. W praktyce okazało się, że już kilka dni po urodzeniu się Łucuszka, trzeba było wyciągnąć smoka z szuflady i dać go naszemu dzidziulkowi. Żadne argumenty uciszające nie pomagały. Łucja płakała i płakała. A szczerze mówiąc nie miała powodu do płaczu, bo wszystkie potrzeby były zapewnione. Tym sposobem dołączyliśmy do rodziców używających smoczka. Choć prawdę mówiąc to używanie smoczka staraliśmy się ograniczać wyłącznie do spania. Ale to było później. Najpierw musieliśmy przejść przez etap smoczka przez cały dzień i całą noc. Ten etap trwał do siódmego miesiąca, kiedy postanowiliśmy zmienić strategię używania tak zwanego „cumelka”.

Właśnie w tym czasie, kiedy Łucja miała siedem miesięcy, mieliśmy mały wypad z domu. Przez kilka dni pilnowaliśmy mieszkania szwagierki (nie było to oczywiście puste mieszkanie. Została w nim również trójka jej dzieci w wieku 7 -14 lat) No ale ok… jak to ze smoczkiem było? Ano… dobrze było… Nastawialiśmy się na wielką wojnę, dantejskie sceny, płacze i lamenty… a było po prostu ok. Smoczek do spania? No to do spania. I tyle…

Tym sposobem smoczek stał się niezbędnym elementem rytuału zasypiania. Jak nie było smoczka, nie było spania. A kiedy Łucja nie chciała spać, lub już była wyspana, dawała nam o tym znać, rzucając smoczkiem, ale to było już na późniejszym etapie. Rzucanie smoczkiem na początku było zabawne, bo kiedy przychodził poranek a w całym domu było jeszcze cichuteńko, nagle dawało się słyszeć PLASK. Smoczek upadał na podłogę. A Łucja śmiejąc się dawała znać, że ona już nie śpi… i nie ma ochoty dłużej leżeć w łóżeczku. Kiedy jednak odgłos uderzającego o podłogę smoczka dawał się słyszeć o godzinie 4.30 albo w porze popołudniowej drzemki, kiedy 3 minuty wcześniej dzidziulek został ułożony do łóżeczka, przestawało robić się zabawnie. Jak sobie wtedy radziliśmy? Konsekwentnie powtarzaliśmy rytuał. Na ręce, buziak, smoczek, do łóżeczka. A kiedy nie chciała smoczka, tylko nim nadal rzucała? Do łóżeczka, smoczek obok i wychodziliśmy. Po kilku takich próbach, mała ustępowała. Sama wkładała smoczka do buzi i kładła się spać. Ale przyszedł taki moment, że trzeba było się ze smoczkiem ostatecznie pożegnać. Postanowiliśmy, że będzie to po pierwszym roku. Ostatecznie jednak zaczekaliśmy jeszcze 4 miesiące na bardziej dogodny moment.

Był lipiec a ja zacząłem swój urlop. Opracowaliśmy plan działania, by ostateczne rozstanie ze smoczkiem nie było zbyt traumatyczne. Pomysł, który później wprowadziliśmy w życie podpowiedziała nam druga szwagierka.  Kupiliśmy prezent – dużą lalkę. Pięknie zapakowaliśmy, jak na urodziny albo na gwiazdkę i robiąc całą zakręconą otoczkę wręczyliśmy prezent Łucjobzikowi. Cała „akcja” sprowadzała się do idei: smoczuś odchodzi, lalunia przychodzi. Od teraz śpisz z laleczką a smoczka już nie ma. Duże dziewczynki śpią z laleczkami a nie ze smoczkami. Łucja przyjęła brak smoczka raczej dobrze. Oczywiście były momenty kryzysowe, ale wtedy przypominaliśmy o tym, że smoczka już nie ma. Ja nie przypominam sobie jakiś awantur z tego powodu, że smoczek poszedł „papa”. Na początku oczywiście pokazywała na buzię, że chce smoka, ale nie było płaczu i rwania włosów z głowy. Całe odzwyczajanie trwało to raptem dzień, może dwa… I tylko przy popołudniowej drzemce. A jak jest dziś?

Dziś Łucja normalnie zasypia bez żadnych smoczków, laleczek itp. Okazało się, że prezent chyba średnio jej spasował. Na początku owszem spała z lalką, ale jak jej nie było, nie było też tragedii. A jak nie chciała spać? Lalka z hukiem lądowała poza łóżeczkiem. Aktualnie lalki nie ma, ale nie myślcie, że nie ma też wyrzucania niczego z łóżeczka. Kiedy dzidziulek nie chce spać, wywala kocyk, poduszkę, kołderkę a czasem nawet ściąga z komody bidon z wodą, którym również rzuca o podłogę. Takiego mamy łobuziaka 🙂

Dodaj komentarz