Jak Feniks z popiołów znów odradzam się na nowo…

To nie ptak, nie samolot i nie arka przymierza Tak jak piorun w moje studio, tak ja w eter uderzam… Tymi słowami zaczyna się piosenka, której refren jest tytułem mojego wpisu. Minęło naprawdę dużo czasu i szczerze mówiąc sam miałem wątpliwości czy kiedykolwiek jeszcze powstanie tutaj jakiś wpis. Nie usuwałem jednak bloga i – szczerze mówiąc – nie wiem czy dlatego, że jestem taki sentymentalny i lubię wspominać jak dobrze szło mi pisanie kiedy jeszcze byłem piękny i młody 😀 (pewnie z tego samego powodu trzymam gdzieś na strychu swoje wypracowania z liceum) czy może po cichu liczyłem, że kiedyś taki wpis powstanie, wrzucę w tytuł refren piosenki Liroya – człowieka, który przetarł rapowe szlaki w naszym pięknym kraju –  i to będzie swego rodzaju nowy początek.

No i właśnie dziś, po prawie trzech latach realizuję scenariusz, w którym wracam na scenę blogopisarską. Jak to wszystko będzie się kręciło? Nie mam pojęcia, ale ambicje są. No i na pewno jest znacznie więcej czasu na to by snuć opowieści dziwnej treści 😀 No, ale OK o tym jeszcze będę miał okazję napisać. Kończę powoli ten wstęp i przechodzę do dalszej części tej dzisiejszej rozkminy.

Może warto zacząć od jakiś małych reminescencji czy podsumowań. Myślę, że to wszystko też wpisuje się w piosenkę, którą wziąłem sobie za myśl przewodnią dzisiejszego wpisu. Blog zaczął się w 2018 roku. Łucyjkownik miał roczek. Byliśmy z MamOlą trzy lata po ślubie a znaliśmy się od czterech. Mieszkaliśmy w bloku razem z moją mamą. (a może lepiej byłoby napisać: u niej) No i gdzieś tam wtedy zrodził się ten pisarski plan. No i tak sobie dłubałem, pisałem, dni mijały… A potem tygodnie i miesiące.

Wybudowaliśmy dom, posadzili to i owo w ogrodzie. No i pojawiła nam się na świecie Judit. Córka numer dwa. Z pisaniem bywało różnie, ale nie wiem czy bardziej dlatego, że brakowało mi pomysłów i chęci do robienia czegokolwiek czy może zadecydowały o tym czynniki zewnętrzne, które przez grzeczność nazwę niezrozumieniem. Takie różne głosy, które płynęły z otoczenia, trochę podcinały mi skrzydła no i stało się. Pewnego pięknego dnia nowy wpis nie pojawił się ani po tygodniu, ani po miesiącu ani po roku…

Może się trochę usprawiedliwiam, może tak naprawdę zabrakło mi pomysłów, nie chciało mi się pisać wyłącznie dla funu. A może i obowiązków było za dużo? Łatwo jest wszystko zwalić na prawdziwy lub wyimaginowany hejt a trudno jest stanąć wprawdzie i powiedzieć sobie, że to po prostu spartoliłem. Nie umiałem wygospodarować czasu, by móc pisać, by to rozwijać itd. Ale może też miałem jakieś poczucie, że ten tak popularny dzisiaj „parentnig” zmienia się u mnie trochę w „sharenting” czyli pokazuje siebie i swoje dzieci w różnych sytuacjach, by łechtać swoje ego, by pokazywać światu jak zajebiści jesteśmy. Świadomość, że bycie atencjuszem nie jest zbyt mile widziane w społeczeństwie była kolejnym punktem mojej wyliczanki argumentów, by zaśpiewać „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść” a potem przestać pisać i zająć się dorosłym życiem. 😉

Tak na marginesie to zabawne, że to całe tak zwane „dorosłe życie” to temat przereklamowany. Niebezpiecznie zbliżam się do czwórki z przodu a jednocześnie mam wrażenie, że nie wyszedłem jeszcze do końca z piaskownicy. I gdybym chciał ująć wszystkie myśli, jakie w tym kontekście kłębią się w głowie, to najlepiej podsumowałby je ten mem:

OK… muszę wrócić na właściwe tory, bo chyba odpłynąłem gdzieś na nieznane wody. Tak, więc to dorosłe życie z dwójką dzieci, domem i ogrodem, trawnikiem do koszenia, pracą na trzy zmiany, wakacjami nad polskim morzem toczyło się powoli… A blog sobie wisiał i czekał aż kiedyś pojawi się na nim jakiś błyskotliwy wpis. Albo smęcąco-pierdzący wpis. Albo, że nastąpi z mojej strony jakaś radykalna decyzja, kliknę przycisk „usuń bloga” i wszystko, co dotychczas tutaj napisałem odleci w przestrzeń kosmiczną niczym Tesla Elona Muska.

Tak, więc w roku 2021 pojawił się ostatni wpis. Był o wakacjach nad morzem. To był nasz pierwszy wyjazd i bynajmniej nie ostatni, ale nie uprzedzajmy faktów. Kolejne miesiące tamtego roku mijały, kartki kalendarza spadały no i przyszedł w końcu rok 2022. Grypa celebrytka powoli odchodziła w niepamięć. W końcu odwołano stan epidemii. Wracała względna normalność. Nasza Judyta miała rozpocząć pierwszy rok w przedszkolu. A my mieliśmy przypomnieć sobie jak to jest mieć w domu Małe Bobo. Oczekiwaliśmy narodzin trzeciego dziecka.

Werka urodziła się 11.08.2022. Od początku sprawiała troszkę problemów. Najpierw musiała być ewakuowana nieco wcześniej z brzuszka mamy. Na szczęście nie na tyle wcześnie, by zostać uznanym za wcześniaczka, ale i tak była bardzo malutka i musiała z mamusią zostać trochę dłużej w szpitalu. Kiedy dziewczyny wróciły, żyliśmy sobie spokojnie w piąteczkę aż do późnej jesieni. W listopadzie Wewe złapała paskudnego wirusa rsv i musiała swoje „przeziębienie” leczyć w szpitalu. Wszystko na szczęście się dobrze skończyło i znowu byliśmy w komplecie. Tak upłynął rok 2022. Przyszedł 2023. Ten rok Werka zasponsorowała nam w 300% Ruszyliśmy w Polskę robić różne badania. Zaczęliśmy się rahabilitować by nadrabiać opóźnienia ruchowe. Temat rzeka. (bynajmniej nie Wisła, ale co najmniej Nil lub Amazonka) Ale nie chcę za dużo pisać na ten temat. Jeszcze będzie okazja a ja i tak już to dużo naklikałem.

Dziś mamy już blisko połowę roku 2024. Łucja, która na początku była główną bohaterką moich rozkmin ma już 7 lat. Niedługo skończy zerówkę i rozpocznie szkołę podstawową. Kilka tygodni temu przystąpiła do wczesnej Pierwszej Komunii. Judyta szaleje w przedszkolu – jest średniaczkiem. A Wewe powoli uczy się chodzić. Na razie z panią fizjoterapeutką, ale jeszcze trochę i pobiegnie zwiedzać świat.

Ola Mamola wróciła po urlopie macierzyńskim do pracy. Nic się nie zmieniło w kwestii jej miejsca pracy. Dalej pełni swoją służbę w szpitalu. Ja też swojej pracy nie zmieniłem, choć do niej już nie chodzę. Od kwietnia przebywam na urlopie wychowawczym. To rewolucyjna zmiana. I taka nietypowa jak na faceta… No, ale ja zawsze zwykłem powtarzać, że typowy nie jestem 😀

Mam nadzieję, że to będzie dodatkowy motor do szukania inspiracji do pisania. A jeżeli pojawią się jakieś przeciwności? Znowu będę odczuwać, że nie mam wsparcia a wręcz przeciwnie, piętrzą się rzucane pod nogi kłody? Myślę, że oddam głos autorowi dzisiejszej tytułowej piosenki, choć będę musiał conieco wypikać. Z góry przepraszam osoby, które rażą niecenzuralne słowa.

„Znów odradzam się jak Feniks, czyste mam myśli, P**lę to, co Tobie dzisiaj się przyśni. Że jestem Twoim wrogiem, nic nie znaczę dla Ciebie. Stary uwierz naprawdę mnie to j**e”.

OK. To byłoby na tyle…

Do następnego wpisu.

Dodaj komentarz